Radość życia

To był styczeń, a może początek życia lutego – nie pamiętam. Nie pamiętam też, który dokładnie był rok. Ale pamiętam, że trwał karnawał, a ja miałem wolny weekend, z którym nie bardzo wiedziałem, co zrobić. W końcu zebrałem niewielką grupkę – moją dziewczynę, kilka jej koleżanek i paru kumpli z jednostki – a potem wszyscy razem wskoczyliśmy w dwie taksówki i pojechaliśmy do Oyapock.

Byliście kiedyś w Oyapock? Dobra, wiem, że nie. Dziwne, brzydkie portowe miasto na granicy Brazylii i Gujany Francuskiej z jednej strony przylega do wielkiej rzeki o tej samej nazwie, a ze wszystkich innych walczy z napierającą bezwzględnie dżunglą. Niska zabudowa, ulice z udeptanej czerwonej ziemi, biedni, nieszczęśliwi ludzie. Nie, wróć – ludzie, których tam poznałem, byli biedni, zniszczeni pracą i zmęczeni, ale czy byli nieszczęśliwi? To zależy tylko od przyjętej definicji szczęścia.

Ja w Oyapock zrozumiałem, że radość życia jest niezależna od życia. Najpierw trafiliśmy na imprezę w jakiejś knajpie. Nie jestem fanem potańcówek, ale ta była inna – nie czułem tu lansu europejskich dyskotek, tylko autentyczną dzikość, rodzaj szaleństwa, jakby nawet ludźmi władał tu duch dżungli. Piękne kruczowłose Mulatki i mężczyźni w zwykłych podkoszulkach tańczyli boso w zapamiętaniu, w którym nie ma żadnego wczoraj, żadnego jutra. Tańczyli tak, jakby nie istniało nic poza tą chwilą, jakby po tej chwili to już choćby potop. Jakby nie mieli żadnych problemów, nie wiązali z trudem końca z końcem, nie musieli szukać zarobku w dżungli. Jakby nie deptała im po piętach Legia Cudzoziemska. Tańczyli tak, że w końcu nawet ja musiałem się do nich przyłączyć.

A wieczorem… Ludzie, którzy wyszli po zmroku z domów albo ściągnęli do miasta z okolicznych wiosek, przygotowywali się do karnawału od kilku miesięcy. Nie tylko wydawali ostatnie grosze, uciułane na te kilka dni zabawy, ale w ogóle dawali z siebie wszystko. Parada była oszałamiająca. Główną ulicą ciągnął korowód roztańczonych wielobarwnych postaci w kapiących od złota strojach i niesamowitych maskach, dziewczyny z różnych szkół samby szalały jak w transie. Pióra, dżety, fajerwerki. Wszystko to w rytmie muzyki bragga granej przez zespół na scenie przy końcu ulicy. Przy księżycu w pełni, który też się nie oszczędzał.

Kiedy wróciliśmy w końcu do hotelu DeParis, najlepszego w mieście, ale i tak obskurnego, pomyślałem, że na pamiątkę z Oyapock chciałbym zabrać ze sobą tę radość z życia – bez względu na to, jakie ono jest.

 

ANONIM, ROCZNIK 1989
Supermoc: ponadprzeciętna zdolność wytyczania sobie celów i ich realizacji. Kiedy miał 10 lat, postanowił zostać żołnierzem Legii Cudzoziemskiej. Kiedy skończył 20 – już nim był. W legii spędził w sumie sześć lat, w tym trzy w Gujanie Francuskiej.
To tam zakochał się w amazońskiej dżungli i teraz tylko czeka, żeby do niej wrócić. W międzyczasie pisze swoją pierwszą powieść inspirowaną tym, co przeżył w pięknym i dzikim lesie podzwrotnikowym

Share this...